Po nocnej przejażdżce motorem po Phu Qoac nabawiłam się zapalenia oskrzeli, więc o odległych wypadach mogę w tym miesiącu zapomnieć. Nawet nie tyle z powodu zdrowia, co nadwyrężonego budżetu – wizyta u lekarza, badania plus leki zjadły 2.5 mln VND, a zanim uda mi się wydobyć zwrot od ubezpieczyciela miną tygodnie. Do tego urząd imigracyjny stwierdził, że skoro jestem tu już pół roku, to pora podnieść stawkę za wizę – i kolejne 2 mln VND poszłyyy. I tym sposobem listopad został miesiącem tanich wycieczek.
Cu Chi zdecydowanie do takich się zalicza. Ta wioska oddalona jest od centrum HCMC ok. godziny drogi na motorze, lub 2 autobusem miejskim. Technicznie Cu Chi jest prowincją HCMC, stąd autobus miejski. Jak zwykle rzuciłam hasło: jadę do Cu Chi, ktoś się przyłączy? I tak zebrała mi się grupa 10 osób. ^^
Tym razem podzieliliśmy się na dwie grupy. Grupa odważnych zmotoryzowanych wyruszyła na motorach. Ja z piątką innych pojechaliśmy autobusem. Z dworca Benh Thanh wsiedliśmy w autobus nr 13. Po drodze z okna można podziwiać pozostałości starego systemu - „specjalizacje” ulic. Tak więc minęliśmy ulicę z dziesięcioma sklepami z maszynami do szycia, stragany z rybkami w workach, ilość niezliczona, budki z losami na loterię, 7 jedna obok drugiej...
Po 1,5 godzinie dotarliśmy do Cu Chi. Tam przesiedliśmy się w autobus nr 79. W okolicy są dwa kompleksy z tunelami: jeden popularny wśród zagranicznych turystów, drugi popularny wśród miejscowych. Wybraliśmy ten pierwszy, Ben Dinh, spodziewając się przewodników z dobrym angielskim. Pokazując nazwę miejsca na wyświetlaczu komórki uzyskaliśmy informacje gdzie mamy się przesiąść na kolejny autobus – 70. W internecie wyczytałam, że można się przejść ten kawałek. Zaczęliśmy się wlec powoli, noga za nogą, a pot leciał ciurkiem, prawie można było poczuć swąd palonej w słońcu skóry. Gdy tylko na horyzoncie pojawił się autobus, zamachaliśmy na niego. Okazuje się, że ten dystans wcale nie jest taki krótki, warto więc zainwestować te 4.000 i się przejechać klimatyzowanym pojazdem.
Od kasy liczne znaki pokierowały nas do podziemnego przejścia, z którego nadciągały dziesiątki ludzi w stronę parkingu dla autokarów. Dokładnie z tego powodu wybrałam wycieczkę na własna rękę. Wycieczka autokarowa nie jest wcale taka droga, ok. 32 złotych, ale moja grupa liczyła TYLKO 10 osób. ;)
Przy wejściu zgarnął nas przewodnik i poprowadził do pierwszej atrakcji. Zaczynają mocno – malutki prostokątny otwór w ziemi który służył jako wejście do tuneli. W środku tunel został poszerzony żeby turyści mogli się nim przeczołgać. Oczywiście wlazłam do środka, jednak mnogość i różnorodność robactwa przekonała mnie żeby zaraz wyjść.
Kolejny punkt programu – pułapki. Nasz przewodnik wziął sobie za cel zademonstrować jak każda z nich wbijała się w ciało. Trzeba przyznać że w swej prostocie pułapki zadziwiają wyszukanym okrucieństwem. Po drodze mijaliśmy manekiny prezentujące jak żyli partyzanci (chociaż przewodnik wypunktował wszystkie pomyłki w ich stroju i uzbrojeniu), aż doszliśmy do strzelnicy. Za odpowiednią opłatą można sobie postrzelać z AK i innego sprzętu, ale moje mizerne finanse mi nie pozwoliły (tym razem, może następnym ;). Trochę rozczarowani byliśmy, no bo jeden krótki tunel, parę ekspozycji i już sklep z pamiątkami. Okazało się, że pierwszy z licznych. Dalej zaprezentowano nam tradycyjny sposób robienia papieru ryżowego, aż doszliśmy do właściwych tuneli. Oczywiście przygotowanych pod turystów, z odpowiednio poszerzonym wejściem i podwyższonym sufitem oraz skąpym oświetleniem. Cała trasa ma raptem 100m, a co 20 jest wyjście. Truchtem, z plecami zgiętymi do pozycji horyzontalnej i kolanami solidnie ugiętymi, pokonaliśmy pierwsze 40m. Większość grupy potrzebowała odpoczynku po tym odcinku. Ja ruszyłam dzielnie dalej, aż dotarłam do tuneliku z sufitem lekko ponad ziemią, rodem z moich najgorszych koszmarów. Powiedziałam sobie, że przecież nie będę torby od soniacza walać po błotku i z czystym sumieniem zawróciłam ^^
I na koniec jeszcze miła niespodzianka – drobny poczęstunek, ot yuka, herbata i przyprawa z orzeszków ziemnych, coby przybliżyć sobie dietę partyzantów. Oczywiście przypraw to oni nie mieli, ale inaczej większość turystów by tego nie tknęła. Ja akurat lubię yukę, przypomina mi Kolumbię.
Droga do Cu Chi jest całkiem dobra, prawie na całym odcinku jest osobny pas dla motorów i osobny dla samochodów, także można śmiało jechać na motorze - jest to spora oszczędność czasu.
PODSUMOWANIE
Autobus 13 7.000 VND
Autobus 79 5.000 VND
Autobus 70 4.000 VND
Bilet wstępu 90.000 VND (20.000 dla miejscowych)